Wspomnienia Czesławy Markiewicz, cz. 1

Wstęp - słowo od autora do II części: „Wieś Krawczyki i jej mieszkańcy. 1945-1975. Wspomnienia”



Drugi tom opowieści o mojej rodzinnej wsi Krawczyki i jej mieszkańcach składa się z kilku części. Pierwsza zawiera moje wspomnienia uporządkowane tematycznie podobnie jak wydany wcześniej album. Druga część to krótkie opisy rodzin powojennych polskich osadników. Tu opierałem się przede wszystkim na księgach meldunkowych z lat czterdziestych i pięćdziesiątych oraz własnej pamięci i relacjach sąsiadów. Trzecią część nazwałem Aneksem, który uzupełnia poprzednie części tej książki o wspomnienia osadników lub ich bliskich. Na końcu zamieściłem napisane przeze mnie legendy i historie inspirowane miejscowymi opowieściami o Klekotkach i Krawczykach.


Dodatkiem do książki jest płyta z filmem, stworzonym przez mojego wnuka Macieja ze zdjęć zamieszczonych w albumie, czyli pierwszym tomie książki o Krawczykach. Film ten po raz pierwszy został przedstawiony mieszkańcom naszej wsi w grudniu 2010 roku podczas spotkania w szkole w Krawczykach i został bardzo ciepło przez nich przyjęty. Dlatego pozwoliłem sobie dołączyć go do niniejszej publikacji.


Moim celem było nie tylko utrwalenie historii Krawczyk, która już bezpowrotnie odeszła. Myślę, że jest to jednocześnie kawałek historii naszego kraju i może się ona wydać interesująca nie tylko dla mieszkańców mojej wsi, ale też dla ludzi, którzy nie mają z naszymi stronami i naszą społecznością żadnych związków. Dlatego postanowiłem przekazać kilka egzemplarzy tej książki na potrzeby biblioteki szkoły podstawowej w Krawczykach, biblioteki publicznej w Bartoszycach oraz do księgozbioru Biblioteki Narodowej w Warszawie.


Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby kiedyś ktoś z młodszego pokolenia mieszkańców Krawczyk, zainspirowany moją pracą, napisał swoją wersję wspomnień albo ich ciąg dalszy. Teraz żałuję, że nie mam zarejestrowanych na taśmie magnetofonowej tych rozmów, które prowadziłem ze swoimi sąsiadami, którzy już odeszli. Mam w pamięci to, co opowiadał mi na przykład Pan Michał Wójtowicz, ale moja pamięć, jak każda, jest ulotna. On szczęśliwie zostawił obszerne wspomnienia o swoim życiu, podobnie jak Pani Czesława Markiewicz, ale opowieści innych są już często nie do odtworzenia i stracone bezpowrotnie. I nie chodzi tu tylko o ich wartość sentymentalną, ale i historyczną, bo każdy człowiek ma przecież swoją, niepowtarzalną historię, która jest częścią tej wielkiej Historii. A ja cieszę się, że dziś szczególnie zyskuje na znaczeniu lokalna historia małych ojczyzn oparta na wspomnieniach konkretnych ludzi i tzw. historia mówiona.


Zabiegi borowinowe w Krawczykach
Okładka książki „Wieś Krawczyki i jej mieszkańcy. 1945-1975. Wspomnienia” - reprodukcja.

Z perspektywy mojego dosyć już długiego życia widzę, jak bardzo zmieniły się Krawczyki i chyba wieś w ogóle. Zmienia się charakter Krawczyk, coraz mniej tu rolników, a wciąż przybywa „nowych osadników”, którzy pracując w mieście, kupują tu domy, by korzystać z uroków życia na wsi. Patrzę z dumą, jak moja wieś się zmienia, więcej tu zasobnych i zadbanych domów, dobrych samochodów i wygodnego życia. Tak jest dobrze i tak pewnie musi być. Ale z tym większym sentymentem wspominam dawne czasy. Ludzie byli wtedy jakby bliżej siebie, zawsze mogli liczyć na pomoc sąsiada, nie zostawało się samemu w potrzebie. Ale czy to znaczy, że dawniej było lepiej? Nie, po prostu ja w tej książce dzięki wspomnieniom znowu znalazłem się w zawsze pięknej krainie dzieciństwa.

Tadeusz Chadaj

sierpień 2012 roku



Krawczyki to wieś leżąca w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie Bartoszyce, około siedemdziesiąt kilometrów na północ od Olsztyna.


Stała się polską wsią dopiero po II wojnie światowej, w wyniku postanowień konferencji poczdamskiej, dlatego historia jej obecnych mieszkańców zaczęła się w 1945 roku. Przybywali tu osiedleńcy z dawnych ziem II Rzeczpospolitej, które po wojnie znalazły się poza terytorium Polski, oraz ci, dla których brakowało ziemi w ich rodzinnych stronach.


Fragment książki Tadeusza Chadaja o rodzinnej wsi Krawczyki zawiera wspomnienia Czesławy Markiewicz, jak i wspomnienia innych osadników.


Wspomnienia Czesławy Markiewicz

Markiewicz Czesława z domu Bykowska, data urodzenia 1927 rok 2 stycznia, wieś Piełaniszki koło Trok.


Nasza wieś była położona blisko pięknych sosnowych lasów, dużo było różnych jagód, poziomek, malin, a najwięcej czarnych jagód. Jak weszło się do lasu, żadnego nie było krzaczka tylko do kolan jagodnik, aż granatowo od jagód, my nazywali to czernicą. Tylko siadać i zbierać. Zbierali na swój użytek, na bardzo smaczne konfitury no i zdrowe były nalewki, ale też zbierali na sprzedaż, wozili do Wilna, chociaż mieliśmy 30 kilometrów. Na te czasy to blisko, a wtedy jeździli końmi, a nawet nie było porządnego woza, tylko na drewnianych kołach. Nie było przyjemnie jeździć po bruku, wtedy takie były drogi w miastach, a nawet główne drogi były żwirowe, a do wsi polne, ale mieliśmy lekkie gleby, nigdy nie było mokro. Ale skończę jeszcze z lasem. Były jeszcze borówki, dojrzewały w sierpniu i wrześniu. To jagody bardzo trwałe. Mama gotowała z gruszkami, nie wiem jak mama robiła bez cukru, wtedy cukier był jak na lekarstwo, dla małych dzieci. Jeszcze było moc żurawin, nawet zimą zbierali, były bardzo smaczne. No i nie brakowało grzybów. Już w kwietniu zbierali smardze, innych nie uznawali tylko borowiki, rydze, a ciemnej jesieni zielonki. Borowiki suszyli, a rydze, zielonki solili w kamionkach na zimę. Ale przed wojną był zakaz wstępu do lasu na sezon trzeba było wykupić bilet. Nieraz gajowe praktykanci robili obławy – nie tak jak Niemcy czy Ruskie na ludzi, bili, wsadzali do więzienia – ale zabierali kosze. Nieraz udało się uciec, takie byli czasy. Mieliśmy takiego gajowego, był bardzo służbista, nawet w nocy chodził z bronią na plecach, tak pilnował, żeby co nie skradli.


Teraz napiszę trochę o sobie i o szkole. Kiedy miałam osiem lat, poszłam do szkoły. Szkołę mieliśmy na miejscu, dom wynajmował Pan Lipnicki, który mieszkał w Warszawie. Gmina dla niego płaciła. Nasza pani była elegancka, zawsze chodziła w kapeluszu. Pani Zofia Arciszewska. Szkoła była czteroklasowa, a kto chciał dalej się uczyć, to chodził do Trok, ale nie było przymusu. W klasie na ścianie wisiał Orzeł Biały, Pan Prezydent Ignacy Mościcki, marszałek Edward Rydz-Śmigły i minister spraw zagranicznych Józef Beck. To było tak dawno, ale zawsze mam w pamięci. Jeszcze wisiał krzyż, przed lekcjami i po lekcjach odmawiali modlitwę, śpiewali „Boże coś Polskę”. Też pamiętam ten dzień, kiedy zmarł Józef Piłsudski. Polska była cała z żałobie, śpiewaliśmy taką pieśń, do dziś pamiętam:


„Niebo nad Polską

Chmurzy się mroczy

Śmierć pobieliła komendanta twarz

Biedna ojczyzna wypłakała oczy

Z żalu po Tobie wodzu drogi nasz

Wielkie Twe serce śmierć przygniotła głazem

Lecz w sercach naszych wiecznie czuwa straż.

Śpij więc spokojnie wodzu nasz Piłsudski

Między królami wodzu drogi nasz.”


Jeszcze były inne piosenki, jak: „Jedzie na kasztance”. Ale jeszcze na pamięć musiałam się nauczyć taki wiersz:


„Na krakowskim rynku tam ludu gromada

Tadeusz Kościuszko dziś przysięgę składa

Zabrzmiały okrzyki jak tysiączne działa

Swego bohatera wita Polska cała

Wyszedł Pan Kościuszko w krakowskiej sukmanie

Odkrył jasne czoło na to powitanie

Odkrył jasne czoło klęknął na kolana:

Ślubuję Ci życie ojczyzno kochana

Ślubuję Ci życie, ślubuję Ci duszę

Za Bożą pomocą Polskę wrócić muszę.”


Jeszcze pamiętam ze szkoły głos radia. Oczywiście przed wojną, jak pisałam, mieliśmy piękne lasy, dzieci szkolne zbierali szyszki, żołędzie, w nagrodę przywieźli radio. Był to dar Lasów Państwowych. Cała wieś schodziła się słuchać. Trudno było uwierzyć, że ktoś tam daleko rozmawiał, a tutaj słychać ich mowę. Jeszcze jedna rzecz: rower. Kiedy listonosz przyjechał do naszej wsi, ludzie żegnali się, jak on trzymał się na dwóch kołach. Nie byli ludzie zacofani, ale były takie czasy. Wkrótce i my mieliśmy w rodzinie rower od wujka, który był przed wojną policjantem, więc nie brakowało mu pieniędzy. Teraz jest różnych rowerów, ale takiego nie ma. Miał drewniane obręcze, bardzo leciutko chodził czy jeździł, mało trzeba było kręcić pedałami. Pamiętam, jak uczyłam się jeździć. Trochę było z górki, zakręt, wylądowałam w krzakach. Niestety wojna, trzeba było zdać, długo nie pocieszyli się.


Mieszkaliśmy blisko granicy litewskiej, tuż przed wojną litewski pogranicznik zastrzelił polskiego żołnierza. Wojna wisiała na włosku, latały samoloty, ale jakoś szczęśliwie ucichło, to była prowokacja. Niemcy tylko na to czekali. Ciężkie były czasy, nie było pracy, był głód. Moja babcia była urodzona w połowie dziewiętnastego wieku. Opowiadała mi, panowała choroba, ludzie masowo umierali, nie było komu grzebać zmarłych, mało kto został. Potem nastała I wojna światowa. Bolszewicy, co kto miał, wszystko zabierali, niszczyli domy, palili. Toteż moja mama przeżyła. Nie było co jeść, ani gdzie mieszkać. Latem mieszkali w lesie, robili szałasy, mieli krowę, jagody, ale nadchodziła zima, wieś była spalona, kopali ziemianki i tak przetrwali dwudziesty rok. Kończyła się rewolucja, zaczęli ludzie budować domy.


Mama była z wielodzietnej rodziny, miała siedmiu braci i trzy siostry, z mamą cztery. Dwie siostry rodzone, a jedną wzięli z sierocińca. Dlatego wzięli, że było ciężko wyżywić taka rodzinę, a za nią Żydzi dużo płacili, jak wzięli. Była sierotą, była bardzo brzydka, ryża, piegowata, małego wzrostu, cudem przeżyła wojnę. Nikt nie doniósł, że to Żydówka, ale mamy rodzice bardzo dbali o nią. Już przed wojną była nauczycielką, była bardzo dobra, często dawała mamie 5 zł, to było dużo. Jeszcze mama miała brata i siostrę w Ameryce. Wyjechali przed I wojną, mieli zabrać mamę, ale wybuchła rewolucja i tak została. Tak mniej więcej, co do mamy dziadków, mało znałam, bo mieszkali w drugiej wsi. Co do taty dziadka, nie znałam, a babcia jeszcze długo żyła. Opowiadała o dawnych czasach, tylko byłam jeszcze dzieckiem.


Mówiła, że jej mąż a mój dziadek był szlachcicem, miał dużo ziemi ornej 50 włók ornej, też lasów brzozowych, sosnowych, i błota na lato wysychali, paśli krowy, kosili siano, a że to byli nieużytki, więc nie płacili podatków. Dziadek Marcin Bykowski miał pięcioro dzieci, trzy córki i dwóch synów. Babcia opowiadała, jak byli młodzi był tylko jeden ich dom we wsi. Pewnej niedzieli poszła do kościoła, dziadek został, położył się na łóżko z papierosem, zapaliło się łóżko, a wszystko było z drewna, dach ze słomy, a było lato, wszystko suche. Kiedy babcia przyszła, było po wszystkim. Zaczęli budować nowy. Nie było wtedy tartaków, więc stawiali z całych kloców, miedzy klocami przekładali mchem. Kiedy ich dzieci dorosły, zaczęli się żenić, dziadek stawiał dom i dawał ziemię i tak po kolei, a że mój tata był najmłodszy został w tym domu, tam urodziłam się ja. Było nas pięcioro, miałam trzech braci i jedną siostrę, byłam średnią. Najstarszy brat nazywał się Wacław, następnie Helena, później ja Czesława Wiktoria, młodsi bracia Kazik i Wiktor.


Za moją pamięcią głodu nie było, to znaczy rolnicy mieli do jedzenia wszystko swoje, sieli żyto na chleb, mięli na żarnach, trzeba było napracować się niemało. Najpierw uprawić, ręką zasiać, jak wyrośnie sierpem zżąć, stawiali snopki w mendle, jak wyschną, ale różnie było z pogodą, zwozili do stodoły. No i wtedy młócili na chleb, no i na nasiona oczywiście cepem. Glebę mieliśmy lekką, ale urodzajną, wszystko rosło. Najwięcej sieli żyta i gryki, poza tym uprawiali, co tylko było potrzebne do życia: jęczmień, groch, owies a nawet bób. Żywność była zdrowa. Ziemniaki sadzili, warzywa, nawet sieli łubin niebieski na nawóz naturalny, na wiosnę zasiewali, a jak zakwitnie zaorywali, przegniwał do jesieni, sieli oziminę no i kawałek zostawiali na nasiona. Żółty łubin sieli dla bydła, także wszystko było zdrowe, bez sztucznych nawozów, bez oprysków, to wszystko trucizna. Zastanawiam się: tam nie pryskali i nie było chwastów, a tu się opryskuje i trudno wytępić. Jeszcze o gryce. Grykę sieli przeważnie w początku maja, w czerwcu już kwitła na biało, zapach unosił się na całą okolicę. Tak że pszczoły miały gotowy miód. A w sierpniu, wrześniu kwitły wrzosy, miód był smaczny i zdrowy. Wprawdzie nie było uli jak teraz, ale rolnicy radzili sobie. Pamiętam u nas był ul z grubej kłody, wyżłobiony w środku, no i w lasach były tzw. barcie zrobione ze słomy zawieszane na drzewach.


No i różnych ziół nie brakowało wtedy. Herbaty nie było, nawet nikt nie słyszał o herbacie. Zbierali różne zioła i suszyli na zimę, a z gryki mieli sposób, nawet kasze robili, z mąki piekli babki, bliny a nawet gotowali zacierkę na mleku – było pyszne. Niestety tutaj koło nas nikt nie sieje gryki. Rolnicy też sieli dużo maku, przyrządzali różne potrawy. Jeszcze uprawiali konopie, len z konopi, robili postronki, lejce, sznurki, co było potrzebne w gospodarstwie. Natomiast ze lnu koszule, kalesony, ale najpierw trzeba było uprawiać a niemało było pracy, jak wiadomo, najpierw siew, pielęgnacja, żeby nie było żadnego chwastu, jak dojrzał ręcznie rwali i stawiali w małe snopki. Kiedy już był suchy zabierali do stodoły, obijali z nasion nie cepem, ale specjalny był z drewna. Te snopki już bez nasion, cienką warstwą rozścielali na łąkę, tak leżało parę tygodni, zbierali, znowu wiązali, przywozili do nagrzanej łaźni, jak był dobrze wysuszony. Były specjalne tarlice, tak tarli aż odejdzie kostra, to pierwsza czynność, następnie trzepali i szczotkowali, aż zostanie samo długie włókno. To przędli na płótno, kiedy już nie było pracy w polu. Przędli na kołowrotku cieniutkie niteczki, później robili osnowę. Trudno to opisać, to nie było takie proste. Wstawiali warsztat tkacki, trzeba było wiedzieć, jak nanizać przez te nicielnice berdy, tkali płótno, ale też ręczniki we wzory albo na łóżka kapy kolorowe. A z siemienia wyciskali olej, ten, co teraz jest w sprzedaży, nie dorównuje mu smakiem.


Każdy rolnik chował owce, po dwie albo trzy. Stare kociły się luty-marzec, każda miała po dwa jagnięta, a w jesieni zabijali na mięso, a skóry wyprawiali na kożuchy, a stare owce strzygli, wełnę tkali na ubrania, robili też walonki.


Teraz niepotrzebne kożuchy ani walonki, każdy ma samochód, jest ciepło, a wtedy jeździło się końmi nieraz kilkanaście kilometrów sańmi. Tak nieraz było przyjemnie przejechać się sankami z dzwoneczkami, a u nas taki był zwyczaj, przeważnie w karnawale chłopcy jeździli w swaty, wtedy nie dzwonki ale brzękadła zapinało się koniowi na szyję. Wiadomo wtedy było, że to swaty i do jakiej panny, a nawet latem jak jechali do ślubu bryczką – tylko się kurzyło i było wesoło. Ani biedy ani głodu nie było, każdy rolnik miał po parę krów, mieli mleko, sery, sami robili masło. Żywności nie brakowało, gorzej było z groszem. Nie było gdzie sprzedać, nieraz mama nosiła jajka czy co z nabiału, ale przynosiła z powrotem.


Ja opisuję, jak było u nas w naszej wsi, ale była ogólna bieda, co dzień chodzili żebracy ze śpiewem czy modlitwą, żeby coś dostać do jedzenia. Nie mówiąc, ilu żebraków w łachmanach siedziało pod kościołem, nie można było przejść. Po tylu latach niewoli nie było pracy, nic dziwnego, że była bieda. Polska była wyludniona, nie była żadnych fabryk. Gdzie mieli ludzie pracować? A nie każdy miał ziemię, żeby mógł wyżywić rodzinę, ale kto miał jakąś pracę, to dobrze płacili. Moje koleżanki, ich ojciec i dziadek pracowali na kolei. Ładnie były ubrane, co rusz zmieniały sukienki, a my w samodziałach, a ich mama nie musiała pracować jak my. Od dziecinnych lat miały małe dzieci obowiązki w gospodarstwie, największą zmorą było pasanie krów. Trzeba było wyganiać je przed wschodem słońca po parę kilometrów, pole było w różnych kierunkach. Swoje to nic, ale trzeba było paść krowy sąsiadów, i których były małe dzieci i nie było komu. Nie było to darmo, godzili się zbożem od jednej krowy, od starej owcy 2 pudy, od krowy 5 pud. Jedna puda równał się 16 kilogramów. Krowy wyganiało się od 23 kwietnia do listopada, wtedy przywożono zapłatę. Jak były długie dni i gorąco, to pasły się od rana, gdzieś do dziesiątej. Jak były słoneczne dni, nie było pro- blemu, mierzyli krokami ile ma cień, a po południu aż do zmroku. Ale kiedy było pochmurno, miałyśmy problem. Przeważnie pasłam z babcią. Babcia mieszkała u mojego stryja, ona swoje, a ja swoje - mi było raźniej.


A jeszcze był taki zwyczaj na Zielone Świątki – wili wianki z brzózek albo zakładali na szyję lub na rogi, a że były u nas piękne lasy, nie brakowało wilków, najwięcej chwytały jagnięta.

Miałam takie zdarzenie, to już była jesień, owce przestraszone, a wilk schwycił owcę za szyję, a ogonem poganiał. Narobiłyśmy hałasu, wilk puścił owcę, a ona za nim. Zimą wilki podkopywały się do obory. Kto miał psa, to wpuszczał go do domu, bo zimą, gdy nie było nic do jedzenia, wilki atakowały psy. W lutym miały ruje, wystarczyło wyjść wieczorem na podwórko, wszędzie było słychać ich wycie, a ich oczy świeciły się jak ogniki. To było przed wojną, gdy rozpoczęła się wojna, to już ich tyle nie było.


Kiedy wybuchła wojna, miałam 12 lat, na razie opisuję przedwojenne życie, jakie były zwyczaje. Kiedy rozpoczynali żniwa najważniejszym zbożem było żyto, żęli sierpami pierwszy snopek przynosili do domu, stawiali w kącie za stołem, a kiedy była pora siać żyto, wtedy pierwszego omłócili i pierwsze ziarna wysiewali. Na żęcie żyta robili tłokę po kolei po sąsiedzku, tyle było żeńców, żeby za jeden dzień zebrać, a jak skończyli, wili z kłosków wieniec, wręczali gospodarzowi, też opasywali przewiąsłem. Gospodarz musiał wykupić się, a przy wręczaniu śpiewali różne piosenki dożynkowe. A te inne zboża każdy zbierał sam swoje. Był zwyczaj, na Zielone Światki przynosili brzózki, przy ganku stawiali do wody, ale w domu też wtykali pod sufit, też przynosili tatarak – był zapach – i pięknie śpiewali. Nasza chata umajona gałązkami, obstawiona gałązkami, wonną trzciną, czeremchą i kaliną. Znowu na Wielkanoc malowali dużo jaj w różnych kolorach, oczywiście środkami naturalnymi. Najwięcej w łusce od cebuli, można było uzyskać kolor ciemniejszy lub jasny, też we wzorki, albo z runi żyta jajka miały kolor zielony, a jeszcze inne sposoby. Na pierwszy dzień Wielkanocy po zjedzeniu święconego mama dawała po kilka jaj każdemu dziecku i zaczynały zabawę w taczanie. Specjalny robili łubek z drewna, ile nas było, pierwszy zaczynał, po tym łubku kładł jajko, po kolei puszczali, a czyje trąci w inne, to zabierał. Ale dorośli też bawili się – to było w modzie. Natomiast w pierwszy dzień wieczorem przychodzili pod okno śpiewacy, pytali u gospodarza, czy można ten dom poweselić. Jeżeli pozwolił, to śpiewali wielkanocne pieśni, a przeważnie gdzie były dorosłe panny, specjalnie mieli piosenkę, zapraszali do domu na poczęstunek i dawali jajka. A na drugi dzień wielkanocny chodziły dzieci, tzw. żaczki. Rano czytali Ewangelię, też byli obdarowani. Też była moda – przynosili gałązki świerku, wtykali pod sufit, a łuski od jaj wtykali na gałązki. Robili też pająki ze słomek i z kolorowej bibułki. Wycinali firanki z papieru – innych nie było. Było biednie, ale wesoło.


Wielkanoc to już wiosna, przeważnie śniegu nie było. Zimą jakieś obuwie było, ale jak zeszedł śnieg, każdy chodził boso. Nie zapomnę, jakie pokaleczone były nogi, teraz ciarki chodzą po skórze. Ale do wyjścia mieliśmy tenisówki, przeważnie jak szliśmy do kościoła, to nieśliśmy je w rękach, a na rogatkach nakładaliśmy. Od razu przy Trokach było piękne jezioro, kto chciał, mógł wymyć nogi, a już jak wychodziliśmy z miasteczka zdejmowaliśmy buty. Takie było życie.


Mój ojciec palił, sam skręcał papierosy, kupował machorkę, była bibułka, „bibułka solali” sama się skręca, sama się pali, miał krzesiwo do zapalania, ale trudno opisać, jak działało. Czasami zapalał zapałkami, ale szczepał na połowę. Ludzie oszczędzali na tym, co trzeba było kupić, nawet który sąsiad pierwszy rozpalił ogień w piecu, to chodzili pożyczyć ognia, tak było ciężko z groszem.


(wspomnienia pani Czesławy Markiewicz, córki Jadwigi i Józefa Bykowskich, spisane zostały zimą 2011/2012; pisownia oryginalna)


Źródło: www.wilnoteka.lt

 

Część 2 | Część 3

180 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie