Wspomnienia Czesławy Markiewicz, cz. 3

Rok 1951, 18 marzec. Umiera nasz ojciec, miał 52 lata, po długich cierpieniach. Był patriotą i bardzo pobożnym.


Okładka książki „Wieś Krawczyki i jej mieszkańcy. 1945-1975. Wspomnienia”, reprodukcja

Kiedy coraz gorzej czuł się, prosił mamę, żeby go woziła do kościoła na pierwsze piątki miesiąca. Nie było łatwo, to nie to, co teraz wsiadł do samochodu i pojechał. Ale był koń, wóz i tzw. żeleźniaki. Żeby chociaż na gumowych kołach, to by inaczej jechało się. Mimo trudności mama spełniła ojca życzenia. Dziewiąty piątek był przed Palmową Niedzielą. Niedziela, jemy śniadanie, a ojciec leżał w pokoju. Nagle woła mamę, mówi, że popękały wrzody, będzie umierał. Właśnie chorował ostatnio na wrzody, teraz nie takiego leczą, robią operację, ale wtedy nie było lekarzy, musiał umierać. Koniecznie prosił księdza, więc wysłali mnie do Galin, wtedy to była nasza parafia. Więc poszłam i mówię, że tata prosił księdza. Po prostu odmówił, że musi jechać do innego kościoła, „A twój tata w piątek przyjął komunię”. Tak mi było ciężko wracać do domu, nawet siedziałam w lesie. Przyszłam, mówię: „Ksiądz odmówił”. Ojciec po prostu zaczął płakać. Nie było innej rady, Kazik pojechał do Bartoszyc do kościoła Brunona, ale proboszcz też odmówił, że Palmowa, są zmęczeni, już wieczór. A jeszcze był ksiądz staruszek, grekokatolik. Tak potem opowiadał, że niby ktoś do serca szepnął: „Musisz tam jechać”. Była już szarówka. Tata przyjął komunię, usiadł, podziękował, wybrał sporo pieniędzy, dał dla księdza. Powiedział: „Proszę odprawić mszę za tych w czyśćcu, co znikąd nie mają ratunku”. Ksiądz wyszedł za drzwi, a my zostali. Powiedział bardzo spokojnie: „Żono, podłóż rękę pod głowę” i skonał. Jak pamiętam, zawsze był chorowity, a po stracie dwóch synów zupełnie załamał się. Jak byliśmy małe wszyscy w domu, ojciec nas wychowywał, mama była zapracowana. Nigdy nie miała czasu, a ojciec w każdą niedzielę nigdzie nie wypuszczał z domu, zbierał na modlitwę, w poście gorzkie żale, w adwencie godzinki, co wieczór pacierz i różne pieśni religijne. Umiałam wszystko na pamięć. Nie pochwalę się, już zapomniałam.

W tym samym roku, 7 października 1951 roku, braliśmy ślub w Stoczku. Jechaliśmy bryczką, a że była żałoba, nie było muzyki, zresztą w tamtych czasach nie było muzykantów, a do tego nie było pieniędzy. Ciężkie były czasy, zaczęli przymuszać do kołchozów, a że mama była wdowa, na mamę była gospodarka po mężu, to nie bardzo napierali. Uważali, że słabą będą mieli korzyść z baby. Wtedy mój mąż poszedł pracować na kolej. W naszym życiu polepszyło się. Co miesiąc przyniósł pensję, już było dobrze. Ale w kołchozie podechli krowy, rozwiązali kołchoz. Znowu zaczęli każdy na swoim. Dla męża zaoferowali mieszkanie w Samolubiu, mieliśmy dylemat. Mąż chciał wyprowadzić się do Samolubia, a ja też chciałam, ale jak zostawić samą mamę, bo Kazik mieszkał u Grunwaldów. Ożenił się z Alfredą. Chyba popełniłam życiowy błąd, bo dalsze życie z mamą to były same problemy. Stach porzucił kolej, wrócił na gospodarkę. Co z tego, matka rządziła, a jaki grosz, zabierała, a my byliśmy darmowymi parobkami. Aż zaczęła wychodzić za mąż. Podzieliła krowy, świnie, dla siebie, dla Kazika. To jemu należało się, ale dla córki dali dwie krowy. Mieliśmy 12 świń, to podzieliła na pół. To znaczy, jak wykarmimy na tuczniki, to musimy oddać pieniądze. Tak było, byłam posłuszna dla mamusi. Mąż był przyjacielem dobrym, w życiu nie słyszałam u niego brzydkiego słowa. W życiu różnie bywa, bywają dobre i złe chwile, każdy człowiek ma inny charakter. Razem przeżyli bez 7 dni 50 lat, ale nic nie mam na sumieniu, że byłam dla niego niedobra. Już 10 lat, jak nie żyje. Wrócę do tamtych lat. Stach, to mój mąż, poszedł na kolej w 1953 roku, mieliśmy już córeczkę Helunię. Pamiętam, jak nie można było kupić nawet pieluchy. Rwałam pokrowce. Wszystko było na talony dla tych, co pracowali na rządowej pracy. Materiał na ślubną suknię kupiłam za talon. W następnym roku urodziła się Marysia, ale już dostałam wyprawkę. Jaka była radość. Pomimo, że rolnicy wszystkich żywili, rolników mieli za nic. Druga była radość, mąż dostał talon na radio. Późna noc, a jego nie było z pracy. Wreszcie przyszedł pieszo z Bartoszyc, przyniósł radio, drewnianą skrzyneczkę, no i baterie. Wtedy nie było prądu. Była ciężko, nie było światła. Mieliśmy już czworo dzieci, dwa starsze już chodziły do szkoły. Lekcje odrabiały przy lampie. Najgorsze było pranie na tarze.


Czesława Markiewicz z mężem Stanisławem

Rok 1964, 26 maj, zaświeciła pierwsza żarówka. Mieliśmy już kupioną „Franię” z wyżymaczką. Radość nie do opisania, do dziś nie chcę innej. Teraz śmieją się z „Frani”, mają automaty. Moje dwie córki mają „Franie” i chwalą, nie chcą innej. Martwią się, żeby nie przestali produkować, nie wiem, może już nie produkują. Następny zakup, telewizor. Ogromny, ciężki, ruski. Jeszcze w Krawczykach nikt nie miał, przychodzili do nas oglądać. Stopniowo zaczęli nabywać maszyny rolnicze, było coraz lepiej żyć. Dzieci dobrze uczyły się, nie było problemu z córkami. Gorzej było z synkiem, nie chciał uczyć się. Gospodarstwo mieliśmy 11-hektarowe. Sąsiad sprzedawał, dokupiliśmy 6 hektarów, później drugi sprzedawał, kupiliśmy 8 hektarów. Mąż zaczął podupadać na zdrowiu. Synek miał 18 lat, jak przepisaliśmy na niego ziemię, to było za wcześnie. Mąż nie żyje już 10 lat. Najpierw Stach chorował na wrzody, miał operację, później na miażdżycę, amputowali nogę. Przeżył po amputacji dwa miesiące. Ostatnia noc przed śmiercią, dostałam ataku jaskry. Do męża przyjechał rano ksiądz z Panem Bogiem. Jeszcze usiadł, rozmawiał, a mnie zawieźli do okulisty, a że była sobota, nie było łatwo. Jakoś znaleźli okulistkę, skierowała do Olsztyna na ostry dyżur. Pojechałam do domu, mąż już nie żył. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć. Straszny miałam ból oka i ból głowy, myślałam, że głowa mnie pęknie. Chyba nie bardzo zdawałam sobie sprawę, co się wokół dzieje. Po pogrzebie zawieźli do Olsztyna do szpitala. Operacja jedna, druga, potem na drugie oko, operacja nie udała się. Na pierwsze jakoś widzę, a drugie zostało ślepe. Wizyty kontrolne zbrzydły, ale dzięki Bogu świat jakoś widzę, piszę, dopasowali okulary. Aby gorzej nie było. Trochę napiszę o swoim mężu, skąd pochodził. Stacha ojciec wyjechał do Rosji przed I wojną światową. Jak wiadomo w Polsce nie było pracy, niektórzy wyjeżdżali do Ameryki, a niektórzy do carskiej Rosji, miasto Petersburg. Tam ożenił się. Żona pochodziła z tej samej wsi, co on, mieli piękny dom, byli bogaci. Był carskim policjantem. Opowiadał, jak kiedyś przewozili aresztantów w worku. Kiedyś wiózł jednego koniem sańmi. Nagle więzień zaczął prosić, żeby go wypuścił, że ma żonę, dzieci. Więc zlitował się nad nim, rozkroił worek i wypuścił więźnia. Kiedy oznajmił, że więzień uciekł, miał kłopoty. „Jak ty pilnował?”. Miał wymówkę, że źle przeszukali i jakoś szczęśliwie zakończyło się. W 1917 roku wybuchła rewolucja, bolszewicy rozstrzeliwali carskich policjantów w pierwszej kolejności. Właśnie ten więzień uratował mu życie, zabrał do szpitala, dał biały fartuch, tak przechowali przez całą rewolucję. Nawet żona nie wiedziała, że żyje. Bolszewicy dom obstawili, chcieli złapać. Stach, mój mąż, urodził się w 1917 roku, ojciec nie widział synka, mieli jeszcze dwoje starszych. Najstarszy miał 7 lat, córka 4 i ten mały. Po rewolucji ucichło, wrócił do domu, była wielka radość. Po jakimś czasie zaczęli starać się o wyjazd do Polski. Nie było łatwo, ale miał dużo przyjaciół. Pomogli. Jak już dostali pozwolenie na wyjazd, wyznaczyli datę i zaczęli przygotowania, matka Stacha rozczyniła chleb, nawrzucała złotników, zaszyli w ubrania dzieci, a ojciec nałykał się. Za cara w obiegu było złoto, chyba wtedy nie było wykrywaczy. Nadszedł dzień wyjazdu. Na granicy była kontrola osobista. Nawet chleb kroili na kawałki. Nic nie wykryli, to był cud. Wrócili, tylko nie mieli gdzie mieszkać. Gospodarstwo było rozdzielone. Jeden brat zlitował się, przyjął do siebie. Jechali zimą, z przystanku było 60 kilometrów. Matka przeziębiła się, w ogóle z tego przeżycia umarła. Stach miał 3 lata. Ojciec został sam z trójką małych dzieci. Ciężkie warunki, nie dawał rady. Ponownie ożenił się. Chciał żenić się ze swoją szwagierką. Była panną, przychodziła, pomagała, gotowała, prała, ale nieraz pokrzyczała na dzieci. Ojciec chciał z nią ożenić się, ale dzieci zabroniły, więc ożenił się z wdową. Miała dwoje dzieci swoich, dla swoich była dobrą matką, a dla tych była macochą. Zamykała jedzenie, żeby za dużo nie zjadły, chodziły do tej ciotki, żeby dała jeść. Po niedługim czasie zmarł ojciec. Zostali całkiem sierotami. Wychowywał ich najstarszy brat. Opowiadał takie zdarzenie o sobie. Miał 13 lat, zaczął palić, brat zobaczył, że pali, uderzył w nos, poszła z nosa krew, a specjalnie umazał całą twarz. W nocy bratu przyśnił się ojciec, że ja was nigdy nie uderzyłem, a ty już teraz zaczynasz bić. Tak też zostało, że od 13 lat zaczął palić. Rok 1939, wojna. Staś wtedy odbywał służbę wojskową w Warszawie, brał udział w obronie Warszawy. Był dalmierzystą, aż do kapitulacji. Popadł do niewoli, jakiś czas trzymali, później była wymiana jeńców. Brześć nad Bugiem, wrócił do domu, ale gdyby popadło u Ruskich, to by leżał w Katyniu. Dopóki Niemcy byli pod Leningradem, był spokój, ale kiedy odparli Niemców, Ruscy zaczęli mobilizować do wojska. Na Wileńszczyźnie wszyscy poszli jak baranki, a na Białorusi stawiali opór, nikt nie stawił się do wojska. Co noc robili łapanki, była tam masakra. Robili różne kryjówki, nie nocowali w domu. Akurat jednej nocy zechciało się w domu wyspać, to był styczeń, silny mróz. Nagle łomot w drzwi, to była noc. Stach mieszkał razem z bratem, mieli troje dzieci. Brat, jak posłyszał łomot, wyskoczył z łóżka, wlazł za piec, jakaś była luka, później miał trudności, żeby stamtąd wyleźć, a Stasia zabrali. Myśleli, że to są jego dzieci. Wtedy okrążyli całą wieś, dużo nałapali, spędzili do stodoły, katowali, pytali, gdzie reszta bandytów a opornych rozstrzeliwali na miejscu. A tych trzymali przez dwie doby, w zimnie, bez jedzenia i picia. Stała warta, nikogo nie dopuszczali do nich. Później podjechał ciężarowy samochód, zawieźli do Warszawy, stamtąd na front. Przydzielili do piechoty, na pierwszą linię. Piechury szli przodem, a z tyłu czołgi.


Książeczka wojskowa Stanisława Markiewicza

Opowiadał, różne mieli starcia z wrogiem. Jedno przeżycie opowiedział. Siedzieli w okopach z kolegą. Dostali rozkaz opuścić okopy. Miał wyskoczyć pierwszy, ale tak mocno zachciało się zapalić, zaczął skręcać papierosa, a kolega nie palił, więc wyskoczył pierwszy, trup na miejscu. Tak walczyli na froncie od stycznia aż do zakończenia wojny. Doszli do Berlina, zawsze było „Berlin 30 km”, aż zaszli za Berlin. Tam spotkali amerykańskie wojsko, niektórzy tam zostali, a Stacha po jakimś czasie zwolnili. Bał się wracać w rodzinne strony, zaczynał u kolegi w Białostockiem. W tej samej wsi mieszkał Kozłowski, a w Krawczykach jego brat. Przyjechali w gości. Tak mu się spodobało, że został. Był rok 1948, wtedy chodził do pracy, remontowali Pałac. Takie było nasze poznanie. Po sąsiedzku często przychodził, aż zakończyło się ślubem. On miał 34 lata, ja 24. Ślub był skromny, nie mieliśmy łoża. Noc poślubną spędziliśmy na sianie, pomimo że był październik, ale nam było ciepło.


Czesława i Stanisław Markiewiczowie z córkami

a, dzieci, w wolnych chwilach robiłam na drutach, wyszywałam. Dużo tego mam. Uważałam, że nic nie robić, to zmarnowany czas. A teraz pozostało wspomnienie i roz- myślanie, nic innego nie pozostało. Brakuje mnie tych robótek ze względu na wzrok, ręce, nie ta głowa. Taka długa zima, myślałam, że zwariuję bez zajęcia. Jak była pogoda, to jakoś ze mną było, ale ta choroba spadła, jak grom z jasnego nieba. Rozpacz, a ile przez życie było. Bracia, rodzice, mąż, wnuk 17 lat, a teraz córka z tą chorobą. Bóg wie, co dalej będzie. Jakoś to życie człowieka nie rozpieszcza, a i tak chce się żyć. Cieszę się, dziękuje Bogu, że ludzie lepiej żyją. Zawsze porównuję czasy, jak żyło się dawniej, a jak teraz. Nawet w rolnictwie teraz jakaś pomoc jest od państwa. Ale jak przyjechaliśmy tutaj, nie było żadnej pomocy od państwa, ale nawet gnębili, już to opisywałam. Pamiętam pierwsze głosowanie, wręczyli kartki „3 x TAK”, nie była wyboru, nie tak jak teraz. Drugie wbiło się w pamięć. Byłam z mężem na głosowaniu, przyjechaliśmy, zaganiamy krowy do obory, wpadają na podwórko. „Dlaczego pan nie był na głosowaniu?” Zabrali i trzymali całą dobę, wieczorem wypuścili. Był na czarnej liście, jak tylko wrócił z wojny, zawsze pytali, dlaczego nie jest w partii, a teraz są wolne wybory. Kto chce, głosuje, nie ma przymusu. Cieszę się, że jesteśmy w wolnej Polsce. Kocham swój kraj, mój ojciec był patriotą, ja też. Przeżyłam różnych zaborców, co zabraniali mówić ojczystym językiem. Wiem, co to ojczyzna, dobrze mi żyje się. Dostaję emeryturę, starcza na swoje potrzeby. Chociaż w pełni zasłużona, nikt nie policzy ile zdali do państwa mięsa, mleka i w ogóle wszystkiego. Nie czuję się jakimś darmozjadem. Mam 84 lata. Porównuję, jak ludzie żyli dawniej, a jak teraz. Woda - odkręcisz kranik, woda leci, ciepła albo zimna, przedtem tak dobrze nie było. Teraz w oborze tylko odkręcić krany, woda leci. Jak przypomnę, ile trzeba było naciągać ze studni korbą. Teraz młodzi nie daliby rady. Albo udój krów. Przyjdziesz z pola zmęczony, trzeba doić krowy, ręcznie, nieraz przyśniesz pod krową. Pod każdym względem w tak niedługim czasie taka technika, trudno uwierzyć. Z ciężkiego życia na lepsze łatwo przyzwyczaić się, ale z dobrego na gorsze byłoby ciężko. Jeszcze mam w pamięci swoją Pierwszą Komunię. Do szkoły przyjeżdżała katechetka raz w tygodniu, ale przed komunią trzeba było chodzić na egzaminy do Trok do księdza. Nie zapomnę, jak bałam się wracać do domu. Była szarówka, po drodze był lasek, w tym lasku cmentarz niemiecki z I wojny. Był jeden duży pomnik i małych z napisami dużo. Mówili, że tam coś straszyło, kiedyś wierzyli w duchy. Pamiętam, jak uciekałam, a mnie wydawało się, że ktoś z tyłu łapie za pięty. Nikt mnie nie prowadzał ani mama, ani tata i żadne dzieci nie chodziły ze szkoły, widocznie nie było z mojego rocznika. Nie wiem, czy byłam w pierwszej klasie czy w drugiej, ale do Pierwszej Komunii też poszłam sama. Razem było bierzmowanie, nawet pamiętam Biskupa. Od matki bierzmowanej dostałam mały obrazek, zakonnice dały po bułce i kubek kakao i to wszystko. Zastanawiam się przecież nie byłam sierotą, miałam rodzeństwo, nie pojmuję tego, przecież to małe dziecko, bez opieki. Nie użalam się nad sobą, były takie czasy. Nigdy nie myślałam, że mogę coś napisać z moim wykształceniem i w moich latach, ale taka długa zima, z nudów. Wszystkiego nie da się opisać, ale może kiedyś z nudów ktoś przeczyta, może jakiś prawnuk czy prawnuczka, jak będą mieli 84 lata. Ja teraz chętnie przeczytałabym wspomnienia swojej mamy, albo jeszcze chętnej babci, ale niestety obie były niepiśmienne. Pisałam przez zimę, ale już wiosna, skowronki śpiewają, żurawie krzyczą, wiosna się budzi, trzeba wychodzić na powietrze. Kocham przyrodę, lasy, ptaki, ziemię, nawet zimą. Deszcz, słońce, co nam świeci i zwierzęta. U mojej mamy i taty było nas pięcioro: trzech synów i dwie córki. My z mężem też mamy pięcioro: cztery córki i syna. Zawsze, żeby moje dzieci mniej więcej po tyle miały, że będę bogatą babcią i prababcią, ale niestety nie wyszło po mojej myśli. Najszczęśliwszy okres mojego życia był, kiedy wszystkie dzieci były w domu. Starałam się być dobrą matką, ale nie wiem jak wyszło, ale to dzieci mnie osądzą, może po mojej śmierci, wtedy źle nie mówią o zmarłych. Napiszę jeszcze o naszym miasteczku, Trokach. Było nieduże, ale turystyczne. Troki były otoczone czystym jeziorem, ale też była wysepka w środku jeziora, tam stały domki turystyczne. Można było tam dostać się łódkami. Przyjeżdżali tam latem z Warszawy na wakacje. Woziłam z mamą poziomki, czy coś z nabiału. A w ogóle wileńskie tereny miały zdrowe powietrze. Na przykład Druskienniki było słynne uzdrowisko, teraz chyba też. Na Wileńszczyźnie mieszkali sami Polacy, a teraz zamykają szkoły polskie. Jaka to mniejszość jak większość Polaków? To niesprawiedliwe, że oddali nasze rodzinne strony. Moje marzenia były odwiedzić moje strony, nasz piękny, duży kościół, tam byliśmy ochrzczeni. Pierwsza Komunia, chodziliśmy na mszę, na roraty. Tam spędziłam dziecinne lata, teraz zostały wspomnienia, jest czas na rozmyślania. Kościół był duży, jak była niepogoda to w kościele odbywała się procesja. W ołtarzu głównym był obraz Matki Boskiej koronowany dnia 4 września 1718 roku, od niepamiętnych czasów cudami słynący. Obraz Matki Boskiej Trockiej przed mszą był odsłaniany i śpiewano taką pieśń: „Nadzieją bądź w utrapieniu W niedoli, smutku, cierpieniu Matuchno w Trockim obrazie Ach ratuj nas w każdym razie. Tyleśmy łask już doznali Zarówno starzy, jak mali Opieka Twoja bezmierna Tyś zawsze nam miłosierna. Wtedy, gdy grzechami naszymi Gniew Syna Twego wzniecimy Źli, niesforni poddani Ty go przebłagaj o Pani! Spraw! Głody, burze niech miną Mór, zarazy niech zginą Niechaj nie wrócą już wojny I bratniej walki szczęk zbrojny Niech błyśnie w duszach pogoda A w kraju praca i zgoda My za to będziemy Ci służyć Strzec się występków, nadużyć. (Drukarnia św. Wojciecha, Poznań) Przed samą wojną zostały odlane piękne trzy duże dzwony: Józef, Maria, Jezus. Pamiętam, była zbiórka na te dzwony, mój ojciec był do tego powołany, miał kwitariusz i zapisywał. Każda rodzina musiała dać po 5 złotych, był nałożony podatek. Teraz 5 złotych to nic, ale przed wojną nie każdy miał. Poza tym zbierali srebro, miedź, kto co miał, zdążyli jeszcze przed samą wojną. Zrobili na cmentarzu koło kościoła dzwonnicę i tymczasowo zawiesili. Z czasem mieli wciągnąć na wieżę, ale niedługo podzwoniły. Wybuchła wojna, dzwony zniknęły, niektórzy mówili, że Niemcy czy Ruskie wywieźli na zbrojenie. A była taka prawda, że sami ludzie wrzucili do jeziora, schowali przed najeźdźcami. A co po wojnie, nic nie wiem. Nawet nie mam kogo zapytać, czy wróciły, na dzwonnicę na cmentarzu, czy na wieżę kościoła.


(wspomnienia pani Czesławy Markiewicz, córki Jadwigi i Józefa Bykowskich, spisane zostały zimą 2011/2012; pisownia oryginalna)


Źródło: www.wilnoteka.lt

 

Część 1 | Część 2

383 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie